Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 grudnia 2013

Nie idź w stronę światła

Do światła, Andriej Diakow, Insignis, Warszawa 2012

Podobno najlepsza po Metrze 2033  część cyklu. Andriej Diakow serwuje, jak się można spodziewać, postapokaliptyczną powieść drogi z zacięciem filozoficznym. 
Klimat urzeka, po słabych Korzeniach niebios książka powraca w bliskie nam klimaty Rosji przeprowadzając bohaterów po Petersburgu. Tak, większość akcji toczy się poza metrem w scenerii zrujnowanego miasta.
Głównymi bohaterami Diakow uczynił starego stalkera Tarana i przygarniętego przez niego sierotę Gleba, do kompanii przydając im oddział poszukiwaczy. Postaci nie zaskakują głębią, ale też powieść nie aspiruje do wielkiej literatury. Filozofii i rozważań nad kondycją moralną ludzkości jest tyle, ile wymaga franczyza. Za to mnóstwo jest akcji i postnuklearnych ruin. Z zadowoleniem przyjąłem też znaczne odfantasycznienie świata. Po metafizycznym mocno Metrze 2033 to miły powrót do rzeczywistości.
Z czystym sumieniem mogę ją polecić miłośnikom postapokaliptycznych klimatów.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Sample apokalipsy

Holocaust F, Cezary Zbierzchowski, Powergraph, Warszawa 2013

Do napisania kilku zdań o powieści Zbierzchowskiego próbowałem się bezskutecznie zmusić od dwóch miesięcy. Utwór to krótki, z pretekstową fabułą, której osią są poczynania postczłowieka Franciszka Eliasa III, właściciela rodzinnej korporacji, którego mózg zapakowany w elektroniczną kołyskę czyni go praktycznie nieśmiertelnym. Śmierć oznacza zaledwie konieczność wymiany ciała. Bohater rzuca się w wir walki próbując ocalić resztki swojego świata. Czy jednak czytelnika może obchodzić los niezniszczalnego półboga? Może, gdy świat w którym żyje dosłownie rozpada się w miarę postępów fabuły.
A czego tu nie ma. Wyniszczająca wojna, rozpad społeczeństwa opartego na elektronicznych a nie bezpośrednich więziach, sieci P2P pozwalające dzielić się wspomnieniami, wampiry żywiące się nanomaszynami pływającymi w krwi ofiar, androidy bardziej ludzkie niż żywi ludzie, apokaliptyczne przepowiednie i oczekiwanie na powrót międzywymiarowego statku Heart of Darkness, cytaty i nawiązania od Conrada po Slayera. Wszystko upchane na 200 stronach. Pomysły, którymi obdzielić możnaby było kilka powieści SF. Wszystko potraktowane po łebkach, zapożyczone, zacytowane. Wszystko już było. Można tylko to oryginalnie połączyć. Przerażająca alegoria naszej rzeczywistości.
To siła Holocaustu.
Słabością jest za to powierzchowność wizji. Ogrom pomysłów jest tylko sygnalizowanych, przemyka gdzies w tle i aż prosi się o rozwinięcie. 
Pod koniec powieść wpada niespodziewanie w religijny ton rozważając konferencje Roku Pierwszego, w którym, jak się wydaje, Bóg opuścił świat. Następstwem tego jest rozgrywająca się entropia. Świat bez Boga nie może istnieć, rozpada się. Zbyt proste to wytłumaczenie, zbyt wygodne. Całe szczęście, że jedno z wielu. Równie dobrze można uznać, że sprawcami zagłady są ludzie, którzy doprowadzili do zniszczenia przez rozwój niebezpiecznych technologi, lub obcy z ich substancją F, lub...
Odbiłem się od zakończenia Holocaustu F. Wydaje mi się, że  strywializowało wszystko o czym Zbierzchowski pisał wcześniej. Zanegowało znaczenie i umniejszyło wagę wydarzeń. Pozostawiło mnie z niedosytem.
Niemniej warto sięgnąć po Holocaust F , by samemu wyrobic sobie zdanie o niewątpliwie oryginalnej powieści Zbierzchowskiego. Tym bardziej, że w opinii większości recenzentów powieść ociera się o ideał. Kto by słuchał mojego marudzenia.

Świ... zombie w kosmosie

Przebudzenie Lewiatana, James A. Corey, Fabryka Słów, Lublin 2013

Space opera bliskiego zasięgu, reklamowana przez Georga R. R. Martina jako "najlepsza książka o rzygających zombie". 
Ukrywający się pod pseudonimem Coreya autorzy serwują podróż po skolonizowanym przez ludzkość Pasie Asteroid. W tle rozgrywają swoje gry potęgi polityczne: Narody Zjednoczone z Ziemi, Marsjańska Federacja oraz anarchizująca wspólnota z Pasa.
Akcja toczy się dwutorowo. Na przemian śledzimy losy załogi międzyplanetarnego okrętu Rosynanta - pod dowództwem idealisty Jamesa Holdena i śledztwa prowadzonego przez cynicznego, wyrwanego żywcem z kryminału noir, gliniarza Joego Millera.
Przeskoki narracji między bohaterami, wydawać się mogło, sprzyjają cliffhangerom i podkręcaniu tempa. Jednak często tempo siada, fabuła grzęźnie w jałowych dyskusjach lub dziwnym miotaniu się bohaterów. Takie zabiegi mogłyby służyć pogłębieniu postaci, gdyby protagoniści nie zostali wykreowani na podstawie prostego przeciwieństwa: idealista - cynik. Przez długi czas niestety czytelnik pozostaje obojętnym na perypetie, które ich spotykają. Nie dają się lubić, chłopaki. Później, gdy akcja nabiera tempa jest już lepiej. Postaci zaczynają żyć, a czytelnik zaczyna kibicować. Przynajmniej jednemu z nich.
Scenografia nie powala, stacje Ceres i Eros, gdzie toczy się większość akcji powieści prawie nie różnią się od siebie. Innych miejsc nie dane jest czytelnikowi poznać.
Lepiej wypadają natomiast fragmenty, gdzie fabuła przegania bohaterów po przestrzeni kosmicznej. Ciekawie opisane zostały fizyka podróży i warunki w jakich podróżuje załoga okrętów. Kosmiczne potyczki i bitwy przedstawiono z odpowiednim rozmachem i dbałością o szczegóły, choć nie jest to absolutnie poziom masowych, epickich bitew rodem z Gwiezdnych wojen.
A zombie? Faktycznie są, chociaż przez blisko połowę powieści zastanawiałem się czego dotyczy blurb Martina. Dość powiedzieć, że zombie w końcu się pojawiają wraz z iście lovecraftiańskim kosmicznym horrorem. Autorzy serwują nam gorzką pigułę, jeśli ktoś ma optymistyczne wyobrażenia pierwszego kontaktu, zachęcam do lektury Lewiatana. To co prezentuje powieść jest bardzo pesymistyczne i jakże prawdziwe, jeśli spojrzeć na kondycję moralną człowieka.
Przyjemnie spędziłem czas z Lewiatanem. Nie jest to arcydzieło fantastyki, ale w zamian za niedoróbki fabuły i niedostatek umiejętności autotów otrzymujemy solidną porcję kosmicznych przygód i najlepsze rzygające zombie ever.

środa, 20 listopada 2013

A oni wciąż idą i idą

Dwie wieże, J.R.R. Tolkien, Czytelnik CiA Svaro, Warszawa 1990

Wyprawa trwa, chociaż Drużyna się rozpadła, Gandalf i Boromir zginęli, a ze Wschodu napływają coraz to nowe niebezpieczeństwa.
Pierwsze odczucie: nie do końca słusznym jest pogląd, iż Tolkien sugeruje, że za każdym kamieniem kryje się wielka historia. Pisałem o tym w notce o pierwszym tomie Władcy Pierścieni. Po Dwóch wieżach mam wrażenie, że, owszem prawdą jest, iż w tle istnieje mnóstwo opowieści, które stanowią grunt, na którym rozwija się fabuła Władcy, jednocześnie wydaje mi się, że powieść broni się sama. Znajomość legend Śródziemia nie jest konieczna, by dobrze bawić się przy Władcy Pierścieni. Tolkien zawarł w tekście tyle informacji, ile czytelnikowi potrzeba do zrozumienia powieści. W kilku momentach sprawia nawet wrażenie infodumpu, kiedy postaci wygłaszają długie monologi o historii (patrz opowieść Faramira o Numenorze i Gondorze).
Postaci. Jest odrobinę lepiej niż w Wyprawie. Zyskuje Gimli, który na tle tytanów Aragorna i Legolasa wygląda wręcz na słabeusza. Jego rozmowa z odnalezionymi hobbitami ładnie pokazała jego jowialność i skrywaną dobroduszność. Znów rozwija się Sam, który wyrasta na najpełniejszą postać powieści. Wierny sługa, wyrosły z prostego ludu mógłby przyjąć postawę wiecznego zdziwienia wobec przeciwieństw i cudów, które napotyka podczas wędrówki. Zamiast tego stąpa twardo po ziemi i prowadzi swojego pana bezpiecznie przez niebezpieczeństwa. Gdy zdarza mu się pomylić, bierze się do działania znajdując energię, z której istnienia wcześniej sobie nie zdawał sprawy. 
Interesująco wypada Sam w duecie z Gollumem. Anioł Sam i diabeł Gollum. Nie na zasadzie kuszenia, ale raczej przestrogi i przykładu. Frodo nie jest postacią, o której możnaby wiele powiedzieć. Jest raczej uosobieniem bohatera niszczonego powoli przez Złego. Gollum jest tym kim hobbit stanie się jeśli ulegnie Pierścieniowi, Sam tym kim powinien Frodo pozostać.
Ciekawe, że Peterowi Jacksonowi udało się wypaczyć ten obraz. W filmie Sam darzy Froda wydawać się mogło homoerotyczną miłością. W powieści nie ma takiego obrazu. Sam jest sługą. Wiernym, we własnym mniemaniu gorszym od pana, ale związanym z nim szczerą i czystą więzią. Znak czasów, które minęły.
Środek i serce opowieści. Drużyna rozpada się. Część postaci ginie. Ktoś wraca zza drzwi śmierci. Opowieść trwa dalej.

poniedziałek, 4 listopada 2013

Wyprawa z dawna oczekiwana

Wyprawa, J. R. R. Tolkien, Czytelnik CiA Svaro, Warszawa 1990

Minelo ponad dziesięć lat od mojej ostatniej podróży z Frodem. Na długa dekadę wyobraźnią zawładnęły obrazy stworzone przez Petera Jacksona. Wreszcie rozmyły się na tyle, że z czystą głową mogłem zasiąść do lektury Władcy Pierścieni.
Mimo znajomej treści przyjemnie było na nowo odczytać klasykę. 
Najsilniejsze wrażenie to poczucie pustki. Bohaterowie przemierzają bezkresne pustkowia przez wiele dni niespotykając żywej duszy. Mijają pozostałości dawnych królestw, dawnej wielkości ludzi, elfów, krasnoludów. Ich świat wydaje się być światem zmierzchu, smutną pozostałością dawnej chwały. Czyste postapo w wydaniu klasycznej fantasy.
Jakimi środkami udało się Tolkienowi osiągnąć taki efekt. Bardzo prostymi: opisy, opisy, jeszcze raz opisy. Tu kamienne zbocze, tu polana otoczona kręgiem sosen, tam rzeka wije się w dolinie, a tu rosną piękne kwiaty o melodyjnych nazwach rodem z języka elfów, dawno temu był tu zamek, teraz pozostał tylko krąg kamieni. Poziom szczegółu, jeśli chodzi o krajobrazy mijane przez Drużynę, przytłacza.
Właśnie, Drużyna. Niespodziewanie płasko wypadają bohaterowie Władcy Pierścieni. O Frodzie tyle można powiedzieć, że nie do końca zrozumieć można motywy kierujące tym hobitem, gdy decydował się na wyprawę. Z pary Merry i Pippin, ten drugi jest bardziej lekkomyślny, a jego psoty ściągają na Drużynę kłopoty. Gandalf jest mądry i ma cięty język. Para Gimli i Legolas, to zupełnie płaskie postaci, które słabo spełniają funkcje reprezentantów ras, bo niewiele jest scen, w których rozgrywane byłyby ich smaczki. Aragorn to zaledwie szlachetny dzikus z północnych pustkowi, który z biegiem historii ujawnia coraz więcej związków z elfami i dawna chwałą Numenoru.
Najpełniej prezentuje się o dziwo Sam Gamgee. Na pierwszy rzut oka to bardzo staroświecki i bardzo angielski wierny sługa. Jednak to Sam jako jedyny potrafi wyrazić wątpliwości, wspomnieć dom, zatęsknić za prostym życiem. On staje się tłumaczem emocji Froda, w sytuacji, gdy sam Tolkien skąpi czytelnikowi wglądu w myśli swoich bohaterów.
Na tle prostych postaci ciekawie wypada Boromir. Patriota, rycerz z Gondoru, wybuchowy, gotów do najwyższych poświęceń w imię własnych przekonań. Jego historia, to przykład tego jak dobre chęci mogą doprowadzić do moralnego zepsucia. Boromir skuszony mocą Pierscienia chciałby użyć go do pokonania Saurona. Jednak u Tolkiena ze złego drzewa nie będzie dobrych owoców. Kiedy Boromir wyciąga rękę po Pierscien, następuje upadek rycerza. Rekompensatą może być tylko najwyższe poświęcenie.
Interesująco prezentują się także sceny kuszenia Mędrców. Gandalf odrzuca pokusę dość szybko podczas rozmowy w Bag End, Galadriela wydaje się być bliska poddania się Pierścieniowi, ostatecznie rezygnuje z potęgi i postanawia odejść za Morze. Początkowo wydawało mi się, że wątpliwości i chęci sięgnięcia po Pierscien nie miał Elrond, ale oto przecież po zwycięstwie Ostatniego Sojuszu także Elrond Półelf mógł wziąć w posiadanie Pierscień, który jednak wpadł wtedy w ręce Isildura.
To tylko niektóre z wrażeń po lekturze. To był naprawdę dobrze spędzony czas z książką, dobrze znana historia odczytana na nowo. Pełniejsze doświadczenie i dotyk ogromu świata profesora Tolkiena.

wtorek, 8 października 2013

Lubię piosenki, które już kiedyś słyszałem

Hobbit z objaśnieniami, J.R.R. Tolkien, wstęp i objaśnienia Douglas A. Anderson, tłum. Andrzej Polkowski (przekład powieści), Agnieszka Sylwanowicz (wstęp i objaśnienia), Bukowy Las, Wrocław 2012


 To co czytamy z przyjemnością, z przyjemnością przeczytamy ponownie. Ten cytat z Ars Poetica Horacego otwiera Hobbita z objaśnieniami. Nie pamiętam, który raz czytałem Hobbita, ale niezmiennie dostarcza mi on niezwykłej przyjemności. Cieszę się, że po tłumaczeniach Marii Skibiniewskiej i Pauliny Braitner udało mi się przeczytać przygody Bilba w tłumaczeniu Andrzeja Polkowskiego.

Tekst uległ znacznemu uwspółcześnieniu, ale cieszy też fakt, że tłumacz postawił tradycyjne formy. Gollum syczy mój ssskarbie, trolle łapią włamyhobbita itd. Za to w Mieście na Jeziorze mieszkają: Jezioranie (dość nieszczęśliwie dobrana forma). Całość jednak zyskała na świeżości i większość zgrzytów prawdopodobnie wynika z przyzwyczajeń do tradycyjnych form. Szkoda tylko, że Polkowski nie zdecydował się na formę: karły, bliższą intencji Tolkiena od nieszczęsnych krasnoludów.
Największą zaletą tej pozycji, poza oczywiście powieścią w nowej odsłonie, jest masa ilustracji, przypisów i komentarzy do tekstu, a także przytoczone fragmenty, których treść zmieniała się z czasem, wraz z poprzednimi wersjami. Dzięki ilustracjom z wydań z całego świata widać wyraźnie jak szeroki zasięg miała proza Tolkiena. Poprzednie wersję tekstu pozwalają za to zajrzeć za zasłonę do warsztatu pisarza.
Wydanie w twardej oprawie w dużym formacie może być ozdobą każdej biblioteczki.
Treść natomiast raczej dla tych, którzy Hobbita znają, lubią i chcieliby więcej.

piątek, 12 lipca 2013

I jak byś się zachował? Mr Perfect?

I dusza moja, Michał Cetnarowski, Powergraph, Warszawa 2013


Krótka powieść redaktora-następcy legendarnego Macieja Parowskiego. Oto spełnia się czarny sen. Liceum w podwrocławskich Strzeszowicach zostaje zaatakowane. Padają strzały, krew uczniów i nauczycieli spływa po ścianach. W chaosie próbują się odnaleźć: uczennica liceum, ojciec tejże, młoda nauczycielka, dwóch policjantów i ekipa dziennikarzy. Z ich perspektywy przychodzi czytelnikowi śledzić fabułę.
Są to spojrzenia bardzo osobiste. Często przerywane retrospekcjami, jakby obrazy, wspomnienia przesuwały się przed oczami bohaterów w obliczu śmiertelnego zagrożenia. Dzięki takiemu zabiegowi Cetnarowskiemu udało się przedstawić szerokie tło postaci, ale nie ustrzegł się potknięć.
Postaci nie zaskakują, nikt nie łamie schematu doskonale wpisując się w nadana rolę. Może poza jedną z bohaterek, której halucynacje można odczytać jako fantastyczny wtręt w przyziemną materię powieści. Dodatek zbędny, silnie kontrastujący z resztą tekstu, odbiegający zarówno poziomem jak i nastrojem.
To co uderza w powieści Cetnarowskiego, to przeniesienie obrazu szkolnej masakry z szklanego ekranu telewizora, z mitycznej Ameryki w swojskie realia małego miasteczka. Autor nie przestrzega, to się może zdarzyć także u nas, mówi raczej, zobacz, gdyby to zdarzyło się u ciebie, gdyby dotyczyło twojej rodziny, jak byś się zachował, panie policjancie, panie dziennikarzu, pani nauczycielko.
Postaci sprawców masakry celowo ukryte są w cieniu, bo nie o nich jest powieść. To powieść o ofiarach i świadkach tragedii. Ciekawe jak ty byś się zachował, czytelniku?

środa, 19 czerwca 2013

Lizanie cukierka przez papierek

Przedksiężycowi, Tom I, Anna Kańtoch, Powergraph, Warszawa 2009-2013

Na powierzchni nieznanej planety ląduje kilku podróżników zaintrygowanych i ruinami miasta, które zauważyli z orbity. Szybko okazuje się, że na planecie panują niezwykłe warunki – wszystko gnije, psuje się i rozpada w bardzo szybkim tempie. Entropia jest tak szybka, że nie pozwala nawet na reakcję w przypadku zranienia. Wydarzenia czytelnik obserwuje z punktu widzenia Daniela, jednego z badaczy, który może określić siebie jako szczęściarza, bo mimo tego, iż według innych przyciąga kłopoty, najczęściej udaje mu się wydostać z niekorzystnej sytuacji bez szwanku. To właśnie Daniel, będący człowiekiem z zewnątrz, zapewnia niezbędne zewnętrzne spojrzenie na wydarzenia rozgrywające w Lunapolis.
Lunapolis. Miasto-moloch. Pełne mechanicznych cudów, zarządzane przez tajemniczych Przedksiężycowych i zamieszkałe przez dążących do doskonałości obywateli. Każdy z mieszkańców specjalizuje się w jakiejś dziedzinie. Są doskonali artyści, są wojownicy, są także mordercy i złodzieje. Wszyscy wierzą, że doskonalenie siebie pozwoli im przeżyć Skok.
Czas Skoku wyznaczają Przedksiężycowi. Wtedy ci, którzy nie znaleźli ich uznania zostają przeniesieni do niższego świata, gdzie rozpoczyna się przyspieszony rozkład. Co ciekawe mieszkańcy Lunapolis mogą podróżować windami czasowymi do niższych światów i z powrotem, jednak ci, którzy nie przetrwali Skoku z jakichś powodów wrócić nie mogą.
To zaledwie wycinek całości bowiem Lunapolis jest właściwym bohaterem powieści. Poczynania bohaterów są ledwie pretekstem do pokazania kolejnych zakamarków miasta, od korporacji odpowiedzialnych za reprodukcję obywateli, przez wynalazców tworzących niezwykłe maszyny dla mieszkańców miasta, po rozkładające się resztki społeczności w niższych światach. Ilość pomysłów, ciekawych rozwiązań, nieszablonowych rozstrzygnięć jest naprawdę imponująca.
Niestety cała para idzie w gwizdek. Większość tematów jest ledwie zasygnalizowana. Autorka rzuca pomysł, na przykład: mieszkańcy Lunapolis zamawiają dzieci w jednej z korporacji Princepsi stawiają na specjalizację, mistrzostwo w jednej dziedzinie, Equilibrium to zrównoważony rozwój bez doskonałości w żadnej dziedzinie. Nie idą za tym nic, dla fabuły jest to o tyle istotne, że, według stanu wiedzy czytelnika pierwszego tomu powieści, Skoki przetrwają tylko najbardziej doskonali obywatele. Konia z rzędem temu, kto wyjaśni rolę, poza funkcją klimatyczną, mechanicznego ptaka, czy pancerzy gangów w niższych światach.
Mnogość nieskrępowanych niczym pomysłów wydaje się być cechą współczesnej literatur new weird. Gorzej, że, podobnie jak w Viriconium Harrisona większość pomysłów to tylko scenografia, inaczej rozdmuchany efekt specjalny, wygenerowany by czytelnika-widza przytłoczyć i zaskoczyć, ale także zastąpić ciekawą fabułę.      
Można odnieść wrażenie, że Przedksiężycowi cierpią na nadmiar pomysłów, gadżetów tworzących sugestywny obraz wyludniającego się miasta na krawędzi rozkładu, ale w obrazie tym na razie brakuje sensu, istoty i kierunku. Oczywiście jest to pierwszy tom trylogii, ale miałka fabuła spycha bohaterów na dalszy plan eksponując miasto. Tom pierwszy wydaje się być, odwołując się do malarstwa, szkicem do panoramy Lunapolis. Niby widzimy ciekawe szczegóły tworzące razem intrygującą całość, ale autorka mnożąc byty nie podaje czytelnikowi żadnych odpowiedzi. Nie wiemy dlaczego świat przedstawiony funkcjonuje w taki sposób, kim mogą być Przedksiężycowi, w jaki sposób rządzą miastem. Stoimy przed rozległą panoramą i patrzymy z podziwem na efekty imaginacji autorki, ale nie wiemy nic. Szkoda, bo uchylenie rąbka tajemnicy zachęciłoby do ciągu dalszego. Pozostaje niedosyt.

            

niedziela, 19 maja 2013

Zamarzło

Lód, Jacek Dukaj, Wydawnictwo Literackie, Warszawa 2007

Jacek Dukaj napisał powieść monumentalną. Na poziomie fabuły jest to podróż życia bumelanta i hazardzisty, Benedykta Gierosławskiego, z zamrożonej Warszawy do Irkucka i dalej w głąb Syberii w alternatywnej rzeczywistości 1924 r., gdzie wraz z uderzeniem meteorytu tunguskiego dużą część Azji i Europy skuł Lód. Lód, który oprócz ziemi zamraża też idee, poglądy, myśli, słowa, historię. Wystarczy wypowiedzieć zdanie o sobie, by, w mgnieniu oka, stało się prawdą, zamarzło, jak mówią bohaterowie książki. Dość wspomnieć, że Wielka Wojna nie wybuchła, a Polska jest wciąż częścią zamarzniętego Imperium Rosyjskiego. W takiej oto scenerii Gierosławski, za sprawą szantażu czynowników Ministerium Zimy, wyrusza na Syberię, by odnaleźć i porozumieć się z ojcem, który podobno potrafi rozmawiać z lutymi, stworzeniami Lodu, niosącymi Zimę coraz dalej i dalej. Po drodze Benedykt spotka ogromną galerię postaci, Polaków, Rosjan, rewolucjonistów, patrycjuszy, biedaków, proroków, wizjonerów, wynalazców. Wypróbuje na sobie wynalazki Nikoli Tesli, zmierzy się z Rasputinem i pokłóci się z Józefem Piłsudskim. No i sprawdzi, czy prawdą jest stwierdzenie głównego bohatera: Benedykt Gierosławski nie istnieje.
Fabuła powieści z powodzeniem zmieściłaby się na stu stronach. Dukaj rozdmuchał opowieść do ponad tysiąca stron. Fabuła tonie w dygresjach, dyskusjach, analizach, rozprawach naukowych i teologicznych. Spragnieni wartkiej akcji będą zawiedzeni, bo fragmenty, gdzie dzieje się dużo rozdzielone są ogromem słów, na pierwszy rzut oka, nieistotnych. Ilość dygresji przytłacza, powieść wodzi czytelnika po meandrach wyobraźni, po subtelnościach polityki, po nieuchronnościach uczuć, po twardej rzeczywistości negocjacji handlowych i wiele innych miejsc. Ilość tematów poruszonych przez Dukaja jest imponująca, ale większość podporządkowana jest logice i historiozofii. Obsesja prawdy, półprawdy, kłamstwa, logiki wielo- i dwuwartościowej charakteryzującej odpowiednio Krainy Lata i Zimy jest właściwa Benedyktowi Gierosławskiemu. O Historii, i kierowaniu nią, wyłożą bohaterowi wszyscy napotkani wielcy świata przedstawionego.
Każdy znajdzie dla siebie coś interesującego w tym opasłym tomiszczu. Interesująco wypadły teologiczne wynurzenia Ziejcowa, wygłaszane kolejno w Ekspresie Transsyberyjskim, więc na pograniczu Lata i Zimy, w Irkucku skutym Lodem i znów w Krainie Lata. Kwintesencja przemian zachowań pod Lodem i w Lecie.
Zaciekawić mogą także wzmianki o naukach Mikołaja Fiodorowa, prawosławnego filozofa, który w XIX w. stworzył idee nieśmiertelności, przedłużenia ludzkiego życia przy pomocy metod naukowych, a nawet wskrzeszania zmarłych (obecnie uznaje się Fiodorowa za prekursora transhumanizmu), co przekłada się bardzo bezpośrednio na działania bohaterów powieści. To zaledwie wierzchołek góry tematów, znajdzie się tu więcej filozofii, trochę polityki i alternatywnej gałęzi nauki, mnóstwo rozważań o historii i, a jakże, logice.
Czy jest to zatem powieść wybitna? Jest. Czy wszystkich zadowoli? Z pewnością nie. W recenzjach wytykano Dukajowi niepotrzebne rozwlekanie wątków, naukowy pseudobełkot, słabe prawdopodobieństwo psychologiczne postaci. Mimo wszystko warto samemu przekonać się, czy Rosja pod Lodem jest naprawdę tak straszna, jak o niej piszą malkontenci.
Zapomniałbym, jest jedna postać, która spodoba się wielu, jasny punkt w konstelacji bohaterów drugiego planu: Czyngis Szczekielnikow, który tekst ten zakończyłby zapewne tak:
- Co tak stoicie, jak chuje na paradzie? Przeczytajcie tę książkę o panu Gie. Warto.

Zamarzło.

niedziela, 14 kwietnia 2013

Wspomnienie pewnych wakacji

Czarne, Anna Kańtoch, Powergraph, Warszawa 2012

Upalne lato 1935 roku. Kuracjuszka nadmorskiego sanatorium dla nerwowo chorych wspomina dzieciństwo i wczesną młodość tęskniąc za miejscem, gdzie wraz z rodziną spędzała każde wakacje. Biały domek na tle lasu, wiejska droga, dziecięce zabawy z braćmi, dorastanie - oto Czarne.
Bezimienna narratorka powieści żyje wspomnieniami, zawieszona między przeszłością i przyszłością, tęskni za Czarnem i za tajemniczą Jadwigą Rathe. Aktorką, która odwiedziła letnisko podczas pewnych wakacji, i która była obiektem westchnień ojca narratorki.
Autorka używa prostego, ale sugestywnego języka. Dzięki takiemu zabiegowi udaje jej się w kilku słowach określać nastrój kolejnych scen. Parne lato, zakurzona droga, pachnący las, nastrój wakacji spędzanych pośród lasu. Annie Kańtoch z łatwością udaje się zabrać czytelnika do swojego świata.
Nie jest to jednak wyłącznie świat dziecięcych zabaw. Narratorką jest kobieta, która nie jest pewna, czy żyje w roku 1935, 1914, czy też 1893, w wizjach spotyka nierzadko samą siebie, nie jest pewna kim jest i czy świat wokół jest na pewno takim jakim go widzimy. Obrazu zaburzeń dopełnia także niezwykły pociąg bohaterki do wchodzących dopiero w dorosłość dziewcząt.
W szaleństwie jest jednak metoda. Ciąg kolejnych wizji, rozchwiane myśli, chaotyczny z pozoru strumień wspomnień wydają się być rodzajem autoterapii, podczas której bohaterka mozolnie odbudowuje swoją tożsamość i próbuje w zakamarkach pamięci odnaleźć okruchy wspomnień, które pozwolą odtworzyć wydarzenia z przeszłości.
Nie jest to łatwa proza bowiem narratorka skacze od jednego wspomnienia do drugiego, mieszają się czasy i wydarzenia, czasami sama opowiadająca nie jest pewna kim jest, jej tożsamość rozmywa się, by w kolejnej scenie zastygnąć w nieco odmiennej formie. Dzięki temu czytana historia staje się wieloznaczna, pozwala mnożyć interpretacje.
Im bliżej końca, tym jednak gorzej. W końcowych rozdziałach widać wyraźnie, że autorce nie uda się zakończyć wszystkich wątków, a samo zakończenie przynosi rozczarowanie. Podróż do własnego wnętrza kończy się wielkim deus ex machina, bohaterka dociera do ściany, a wyjaśnienie przychodzi z zewnątrz, oderwane kompletnie od poprzedzających je poszukiwań. Niestety duży zawód.
Warto jednak sięgnąć po tą prozę, bo powieść Anny Kańtoch to kawał dobrej literatury z pogranicza fantastyki i powieści obyczajowej, a co do niesatysfakcjonującego zakończenia, to pozostaje wierzyć, że to wynik redaktorskich skrótów lub upływających nieubłaganie terminów.

sobota, 6 kwietnia 2013

Monty Python XIX wieku


Trzech panów w łódce (nie licząc psa), Jerome K. Jerome, Zysk i S-ka, Poznań 2009, tłum. Tomasz Bieroń

W pokoju wynajmowanym od pani Poppets spotyka się trzech przyjaciół (i pies), by przy winie, steku z cebulą i cieście z rabarbarem opowiadać fatalnym stanie zdrowia wszystkich interlokutorów. Dla Jerome’a, Harrisa i George’a (oraz Montmorency’ego) to znak, że czas odpocząć od zgiełku Londynu końca XIX wieku i zmienić otoczenie. W takich przypadkach najlepsza, jak wiadomo, jest podróż morska, ale wtedy zupełnie niepotrzebnie można narazić się na atak choroby morskiej. Mając to na uwadze trzech dżentelmenów (i pies) postanawia popłynąć łódką w górę Tamizy.
            Tak rozpoczyna się podróż po meandrach, śluzach, wioskach, miasteczkach, gospodach i innych atrakcjach Tamizy od Kingston po Pangbourne. Gdyby autor, tak jak pierwotnie zakładał, uczynił z Trzech panów wyłącznie przewodnik turystyczny, czytelnik zapewne zacząłby ziewać już przy drugiej stronie. Jerome uczynił coś całkowicie innego. Leniwą podróż wzbogacił o zbiór ironicznych anegdot i opowieści przytaczanych przez nieustraszonych wioślarzy, jak i przez barwny korowód postaci napotykanych po drodze.
            Dzięki temu nie tylko mamy okazję przyjrzeć się XIX-wiecznej obyczajowości, ale także (przede wszystkim!) z przyjemnością odnotować, że już w 1889 roku żyli prekursorzy współczesnego angielskiego humoru. Absurd goni ironię, poganiany przez obrazoburczy, gruby żart. Członkowie grupy Monty Pythona na pewno czytali tą książkę.