środa, 18 grudnia 2013

Niezwykle nudne przygody Giordana Bruna po drugiej stronie lustra

Gwiazdy nie kłamią, Jay Lake, Fantastyka Wydanie Specjalne 3/2013

Sztampowo o oporze władzy i religii przeciw niewygodnej prawdzie na przykładzie perypetii naukowca, który ma odwagę, lub raczej niesamowite pokłady beztroskiej ignorancji dla nieuniknionych konsekwencji ujawnienia wyników swoich badań. W rozwleczonym tekście Lake buduje szeroki obraz świata z dwoma potęgami ścierającymi się w walce o własne interesy - kościołem Laterańskim i Thalassosprawiedlnością przypominającą coś pomiędzy Hanzą, a wielką organizacją masońską.
Tekst był nominowany do głównych nagród w fantastycznym światku. Uff. Świat przedstawiony jest wtórny w stosunku do naszego, bohater jakby przygłupi, o języku nic ciekawego nie można powiedzieć poza zwróceniem uwagi na kilka wciśniętych na siłę  neologizmów. Losy bohatera, Giordano Bruno tamtego świata nużą. Rok, w którym ten tekst zdobył rzeczone nominacje, musiał być wyjątkowo słaby. 
Ale kim jestem, żeby to oceniać. Przecież ja się nie znam.

piątek, 13 grudnia 2013

Drang nach Alternwelt

Lebensraum, Jarosław Błotny, Fantastyka Wydanie Specjalne 3/2013

Implikacje podróży do światów alternatywnych na przykładzie pracy ludzi z HR rekrutujących pracowników. Przy okazji obraz bezduszności korporacji zestawiony jako analogia z nazistowską machiną. Znak czasów, czy karkołomne porównanie? Niemniej warto przeczytać, by wyrobic własne zdanie. 
Ciekawa kompozycja opowiadania. Początek bardzo kameralny, rozgrywające się głównie w biurach korporacyjne przepychanki na naradach. W epilogu tekst nagle zyskuje rozmach i szersze spojrzenie.
Przytłacza trochę Błotny wizją psycho i socjopatów w białych kołnierzykach, ale tekst jest naprawdę godny polecenia.

środa, 4 grudnia 2013

Nie idź w stronę światła

Do światła, Andriej Diakow, Insignis, Warszawa 2012

Podobno najlepsza po Metrze 2033  część cyklu. Andriej Diakow serwuje, jak się można spodziewać, postapokaliptyczną powieść drogi z zacięciem filozoficznym. 
Klimat urzeka, po słabych Korzeniach niebios książka powraca w bliskie nam klimaty Rosji przeprowadzając bohaterów po Petersburgu. Tak, większość akcji toczy się poza metrem w scenerii zrujnowanego miasta.
Głównymi bohaterami Diakow uczynił starego stalkera Tarana i przygarniętego przez niego sierotę Gleba, do kompanii przydając im oddział poszukiwaczy. Postaci nie zaskakują głębią, ale też powieść nie aspiruje do wielkiej literatury. Filozofii i rozważań nad kondycją moralną ludzkości jest tyle, ile wymaga franczyza. Za to mnóstwo jest akcji i postnuklearnych ruin. Z zadowoleniem przyjąłem też znaczne odfantasycznienie świata. Po metafizycznym mocno Metrze 2033 to miły powrót do rzeczywistości.
Z czystym sumieniem mogę ją polecić miłośnikom postapokaliptycznych klimatów.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Sample apokalipsy

Holocaust F, Cezary Zbierzchowski, Powergraph, Warszawa 2013

Do napisania kilku zdań o powieści Zbierzchowskiego próbowałem się bezskutecznie zmusić od dwóch miesięcy. Utwór to krótki, z pretekstową fabułą, której osią są poczynania postczłowieka Franciszka Eliasa III, właściciela rodzinnej korporacji, którego mózg zapakowany w elektroniczną kołyskę czyni go praktycznie nieśmiertelnym. Śmierć oznacza zaledwie konieczność wymiany ciała. Bohater rzuca się w wir walki próbując ocalić resztki swojego świata. Czy jednak czytelnika może obchodzić los niezniszczalnego półboga? Może, gdy świat w którym żyje dosłownie rozpada się w miarę postępów fabuły.
A czego tu nie ma. Wyniszczająca wojna, rozpad społeczeństwa opartego na elektronicznych a nie bezpośrednich więziach, sieci P2P pozwalające dzielić się wspomnieniami, wampiry żywiące się nanomaszynami pływającymi w krwi ofiar, androidy bardziej ludzkie niż żywi ludzie, apokaliptyczne przepowiednie i oczekiwanie na powrót międzywymiarowego statku Heart of Darkness, cytaty i nawiązania od Conrada po Slayera. Wszystko upchane na 200 stronach. Pomysły, którymi obdzielić możnaby było kilka powieści SF. Wszystko potraktowane po łebkach, zapożyczone, zacytowane. Wszystko już było. Można tylko to oryginalnie połączyć. Przerażająca alegoria naszej rzeczywistości.
To siła Holocaustu.
Słabością jest za to powierzchowność wizji. Ogrom pomysłów jest tylko sygnalizowanych, przemyka gdzies w tle i aż prosi się o rozwinięcie. 
Pod koniec powieść wpada niespodziewanie w religijny ton rozważając konferencje Roku Pierwszego, w którym, jak się wydaje, Bóg opuścił świat. Następstwem tego jest rozgrywająca się entropia. Świat bez Boga nie może istnieć, rozpada się. Zbyt proste to wytłumaczenie, zbyt wygodne. Całe szczęście, że jedno z wielu. Równie dobrze można uznać, że sprawcami zagłady są ludzie, którzy doprowadzili do zniszczenia przez rozwój niebezpiecznych technologi, lub obcy z ich substancją F, lub...
Odbiłem się od zakończenia Holocaustu F. Wydaje mi się, że  strywializowało wszystko o czym Zbierzchowski pisał wcześniej. Zanegowało znaczenie i umniejszyło wagę wydarzeń. Pozostawiło mnie z niedosytem.
Niemniej warto sięgnąć po Holocaust F , by samemu wyrobic sobie zdanie o niewątpliwie oryginalnej powieści Zbierzchowskiego. Tym bardziej, że w opinii większości recenzentów powieść ociera się o ideał. Kto by słuchał mojego marudzenia.

Świ... zombie w kosmosie

Przebudzenie Lewiatana, James A. Corey, Fabryka Słów, Lublin 2013

Space opera bliskiego zasięgu, reklamowana przez Georga R. R. Martina jako "najlepsza książka o rzygających zombie". 
Ukrywający się pod pseudonimem Coreya autorzy serwują podróż po skolonizowanym przez ludzkość Pasie Asteroid. W tle rozgrywają swoje gry potęgi polityczne: Narody Zjednoczone z Ziemi, Marsjańska Federacja oraz anarchizująca wspólnota z Pasa.
Akcja toczy się dwutorowo. Na przemian śledzimy losy załogi międzyplanetarnego okrętu Rosynanta - pod dowództwem idealisty Jamesa Holdena i śledztwa prowadzonego przez cynicznego, wyrwanego żywcem z kryminału noir, gliniarza Joego Millera.
Przeskoki narracji między bohaterami, wydawać się mogło, sprzyjają cliffhangerom i podkręcaniu tempa. Jednak często tempo siada, fabuła grzęźnie w jałowych dyskusjach lub dziwnym miotaniu się bohaterów. Takie zabiegi mogłyby służyć pogłębieniu postaci, gdyby protagoniści nie zostali wykreowani na podstawie prostego przeciwieństwa: idealista - cynik. Przez długi czas niestety czytelnik pozostaje obojętnym na perypetie, które ich spotykają. Nie dają się lubić, chłopaki. Później, gdy akcja nabiera tempa jest już lepiej. Postaci zaczynają żyć, a czytelnik zaczyna kibicować. Przynajmniej jednemu z nich.
Scenografia nie powala, stacje Ceres i Eros, gdzie toczy się większość akcji powieści prawie nie różnią się od siebie. Innych miejsc nie dane jest czytelnikowi poznać.
Lepiej wypadają natomiast fragmenty, gdzie fabuła przegania bohaterów po przestrzeni kosmicznej. Ciekawie opisane zostały fizyka podróży i warunki w jakich podróżuje załoga okrętów. Kosmiczne potyczki i bitwy przedstawiono z odpowiednim rozmachem i dbałością o szczegóły, choć nie jest to absolutnie poziom masowych, epickich bitew rodem z Gwiezdnych wojen.
A zombie? Faktycznie są, chociaż przez blisko połowę powieści zastanawiałem się czego dotyczy blurb Martina. Dość powiedzieć, że zombie w końcu się pojawiają wraz z iście lovecraftiańskim kosmicznym horrorem. Autorzy serwują nam gorzką pigułę, jeśli ktoś ma optymistyczne wyobrażenia pierwszego kontaktu, zachęcam do lektury Lewiatana. To co prezentuje powieść jest bardzo pesymistyczne i jakże prawdziwe, jeśli spojrzeć na kondycję moralną człowieka.
Przyjemnie spędziłem czas z Lewiatanem. Nie jest to arcydzieło fantastyki, ale w zamian za niedoróbki fabuły i niedostatek umiejętności autotów otrzymujemy solidną porcję kosmicznych przygód i najlepsze rzygające zombie ever.

środa, 20 listopada 2013

A oni wciąż idą i idą

Dwie wieże, J.R.R. Tolkien, Czytelnik CiA Svaro, Warszawa 1990

Wyprawa trwa, chociaż Drużyna się rozpadła, Gandalf i Boromir zginęli, a ze Wschodu napływają coraz to nowe niebezpieczeństwa.
Pierwsze odczucie: nie do końca słusznym jest pogląd, iż Tolkien sugeruje, że za każdym kamieniem kryje się wielka historia. Pisałem o tym w notce o pierwszym tomie Władcy Pierścieni. Po Dwóch wieżach mam wrażenie, że, owszem prawdą jest, iż w tle istnieje mnóstwo opowieści, które stanowią grunt, na którym rozwija się fabuła Władcy, jednocześnie wydaje mi się, że powieść broni się sama. Znajomość legend Śródziemia nie jest konieczna, by dobrze bawić się przy Władcy Pierścieni. Tolkien zawarł w tekście tyle informacji, ile czytelnikowi potrzeba do zrozumienia powieści. W kilku momentach sprawia nawet wrażenie infodumpu, kiedy postaci wygłaszają długie monologi o historii (patrz opowieść Faramira o Numenorze i Gondorze).
Postaci. Jest odrobinę lepiej niż w Wyprawie. Zyskuje Gimli, który na tle tytanów Aragorna i Legolasa wygląda wręcz na słabeusza. Jego rozmowa z odnalezionymi hobbitami ładnie pokazała jego jowialność i skrywaną dobroduszność. Znów rozwija się Sam, który wyrasta na najpełniejszą postać powieści. Wierny sługa, wyrosły z prostego ludu mógłby przyjąć postawę wiecznego zdziwienia wobec przeciwieństw i cudów, które napotyka podczas wędrówki. Zamiast tego stąpa twardo po ziemi i prowadzi swojego pana bezpiecznie przez niebezpieczeństwa. Gdy zdarza mu się pomylić, bierze się do działania znajdując energię, z której istnienia wcześniej sobie nie zdawał sprawy. 
Interesująco wypada Sam w duecie z Gollumem. Anioł Sam i diabeł Gollum. Nie na zasadzie kuszenia, ale raczej przestrogi i przykładu. Frodo nie jest postacią, o której możnaby wiele powiedzieć. Jest raczej uosobieniem bohatera niszczonego powoli przez Złego. Gollum jest tym kim hobbit stanie się jeśli ulegnie Pierścieniowi, Sam tym kim powinien Frodo pozostać.
Ciekawe, że Peterowi Jacksonowi udało się wypaczyć ten obraz. W filmie Sam darzy Froda wydawać się mogło homoerotyczną miłością. W powieści nie ma takiego obrazu. Sam jest sługą. Wiernym, we własnym mniemaniu gorszym od pana, ale związanym z nim szczerą i czystą więzią. Znak czasów, które minęły.
Środek i serce opowieści. Drużyna rozpada się. Część postaci ginie. Ktoś wraca zza drzwi śmierci. Opowieść trwa dalej.

czwartek, 7 listopada 2013

Wściekłe ptaki

Wojciech Szyda, Popiołun, Fantastyka Wydanie Specjalne 3/2013

Upadek miasta ptakoludzi w sugestywnej opowieści Wojciecha Szydy. Świetnie budowane uczucie nieuchronnego końca i nastrój rozkładu. Świetny język pełen ptasich neologizmów, np: ptakurator, skrzydłonie itd. Jedyny zgrzyt, to dająca się wytłumaczyć, ale i tak nieprawdopodobna postawa tancerki Szpulki. Dziwny tekst, wpadający w konwencję new weird.

poniedziałek, 4 listopada 2013

Wyprawa z dawna oczekiwana

Wyprawa, J. R. R. Tolkien, Czytelnik CiA Svaro, Warszawa 1990

Minelo ponad dziesięć lat od mojej ostatniej podróży z Frodem. Na długa dekadę wyobraźnią zawładnęły obrazy stworzone przez Petera Jacksona. Wreszcie rozmyły się na tyle, że z czystą głową mogłem zasiąść do lektury Władcy Pierścieni.
Mimo znajomej treści przyjemnie było na nowo odczytać klasykę. 
Najsilniejsze wrażenie to poczucie pustki. Bohaterowie przemierzają bezkresne pustkowia przez wiele dni niespotykając żywej duszy. Mijają pozostałości dawnych królestw, dawnej wielkości ludzi, elfów, krasnoludów. Ich świat wydaje się być światem zmierzchu, smutną pozostałością dawnej chwały. Czyste postapo w wydaniu klasycznej fantasy.
Jakimi środkami udało się Tolkienowi osiągnąć taki efekt. Bardzo prostymi: opisy, opisy, jeszcze raz opisy. Tu kamienne zbocze, tu polana otoczona kręgiem sosen, tam rzeka wije się w dolinie, a tu rosną piękne kwiaty o melodyjnych nazwach rodem z języka elfów, dawno temu był tu zamek, teraz pozostał tylko krąg kamieni. Poziom szczegółu, jeśli chodzi o krajobrazy mijane przez Drużynę, przytłacza.
Właśnie, Drużyna. Niespodziewanie płasko wypadają bohaterowie Władcy Pierścieni. O Frodzie tyle można powiedzieć, że nie do końca zrozumieć można motywy kierujące tym hobitem, gdy decydował się na wyprawę. Z pary Merry i Pippin, ten drugi jest bardziej lekkomyślny, a jego psoty ściągają na Drużynę kłopoty. Gandalf jest mądry i ma cięty język. Para Gimli i Legolas, to zupełnie płaskie postaci, które słabo spełniają funkcje reprezentantów ras, bo niewiele jest scen, w których rozgrywane byłyby ich smaczki. Aragorn to zaledwie szlachetny dzikus z północnych pustkowi, który z biegiem historii ujawnia coraz więcej związków z elfami i dawna chwałą Numenoru.
Najpełniej prezentuje się o dziwo Sam Gamgee. Na pierwszy rzut oka to bardzo staroświecki i bardzo angielski wierny sługa. Jednak to Sam jako jedyny potrafi wyrazić wątpliwości, wspomnieć dom, zatęsknić za prostym życiem. On staje się tłumaczem emocji Froda, w sytuacji, gdy sam Tolkien skąpi czytelnikowi wglądu w myśli swoich bohaterów.
Na tle prostych postaci ciekawie wypada Boromir. Patriota, rycerz z Gondoru, wybuchowy, gotów do najwyższych poświęceń w imię własnych przekonań. Jego historia, to przykład tego jak dobre chęci mogą doprowadzić do moralnego zepsucia. Boromir skuszony mocą Pierscienia chciałby użyć go do pokonania Saurona. Jednak u Tolkiena ze złego drzewa nie będzie dobrych owoców. Kiedy Boromir wyciąga rękę po Pierscien, następuje upadek rycerza. Rekompensatą może być tylko najwyższe poświęcenie.
Interesująco prezentują się także sceny kuszenia Mędrców. Gandalf odrzuca pokusę dość szybko podczas rozmowy w Bag End, Galadriela wydaje się być bliska poddania się Pierścieniowi, ostatecznie rezygnuje z potęgi i postanawia odejść za Morze. Początkowo wydawało mi się, że wątpliwości i chęci sięgnięcia po Pierscien nie miał Elrond, ale oto przecież po zwycięstwie Ostatniego Sojuszu także Elrond Półelf mógł wziąć w posiadanie Pierscień, który jednak wpadł wtedy w ręce Isildura.
To tylko niektóre z wrażeń po lekturze. To był naprawdę dobrze spędzony czas z książką, dobrze znana historia odczytana na nowo. Pełniejsze doświadczenie i dotyk ogromu świata profesora Tolkiena.

niedziela, 3 listopada 2013

Krwią, płaszczem i szpadą

Krew Casanovy, Rafał Panas, Fantastyka Wydanie Specjalne 3/2013

Perypetie słynnego Wenecjanina na dworach polskiej szlachty. Jest przygoda, są intrygi, są płaszcze, jest  i szpada (chociaż częściej w ruch idą jednak noże), a także szczypta magii. Wszystkie elementy opowieści awanturniczej z fantastycznym wtrętem. Przejrzyście napisane. Brak tylko iskry, wielkiego "ooo!". 
W komplecie z Złodziejem dusz stanowią wzorzec opowiadań - konwencjonalne do bólu, poprawnie napisane, ale bez wielkiego zaskoczenia. Dla fanów Polski szlacheckiej i gruppie Casanovy.

(chciałbym tak pisać)

piątek, 1 listopada 2013

Pocztówka z Londynu

Złodziej dusz, Karolina Bujnowska-Brzezińska, Fantastyka Wydanie Specjalne 3/2013

Ładnie opowiedziana historyjka steamoperowa, bo punku w tekście zabrakło. Tekst idealnie wpisuje się w konwencję, może nawet zbyt idealnie. Mamy protagonistę-awanturnika, mamy dziwne parowe wynalazki i przeciwnika, który wypacza zasady działania sprzętu dla swoich niecnych celów. Jest też śledztwo, które niestety zostaje rozwiązane przez autorkę. Pomimo kilku wrzuconych wskazówek, śledztwo zostaje rozwiązane, gdy bohater wpadnie na pomysł, który niestety nie może wpaść do głowy czytelnikowi. Niemniej dobrze napisany tekst rozrywkowy z ciekawą wizją alternatywnego wieku pary. Dla lubiących parowe klimaty.